|
Głównie o piłce nogą kopanej, ale czasem popełnię też coś o innych sportach.
czwartek, 27 sierpnia 2009
Piłkarski Mistrz Polski rokrocznie
walczy o fazę grupową Ligi Mistrzów tak samo tradycyjnie, jak
tradycyjnie się do elity już od kilkunastu lat nie dostaje. Kiedy
tylko formalności zostają dopełnione, nadwiślańscy kibice muszą
szukać radości w występach naszych kopaczy z klubów
zagranicznych. Podobno w tym roku mamy ich w Lidze Mistrzów aż
dziewięciu. Z technicznego punktu widzenia nie ma owym stwierdzeniu nieprawdy. W kadrach klubów biorących udział w LM faktycznie znaleźć możemy dziewięciu piłkarzy rodem z Polski. Oto i oni: Jerzy Dudek (Real Madryt), Michał Żewłakow (Olympiakos Pireus), Rafał Murawski (Rubin Kazań), Tomasz Kuszczak (Manchester United), Łukasz Fabiański i Wojciech Szczęsny (obaj Arsenal Londyn) oraz Kamil Kosowski, Marcin Żewłakow i Adrian Sikora (wszyscy APOEL Nikozja. Liczebność oraz przynależność klubowa Polaków prowadzić może do swego rodzaju dumy. Jednak nawet pobieżna analiza sprawia, że uśmiech z twarzy powoli znika. Dlaczego? Oto bowiem aż czterech spośród wymienionych to bramkarze. W ich wypadku nie dane nam więc będzie ekscytować się wirtuozerią podczas akcji ofensywnych. Co więcej, prawdopodobnie nie ujrzymy też wspaniałych parad bramkarskich. Jerzy Dudek nie ma szans na grę w madryckim Realu dopóki ręki nie urwie Iker Casillas, a i to Polakowi nie zapewni miejsca między słupkami. Tomasz Kuszczak przegrywa rywalizację nie tylko z pierwszym piłkołapem Manchesteru United, ale nawet z nominalnie trzecim bramkarzem – Benem Fosterem. Pewnym zmiennikiem jest w swoim klubie tylko Łukasz Fabiański, ale nawet jeśli on wejdzie do bramki Arsenalu, to tylko rezerwowym będzie Szczęsny. W tym kontekście odpadnięcie Celticu z Arturem Borucem w składzie zdaje się być dla Polaków nader znaczące. Chociaż z drugiej strony reprezentacyjny golkiper byłby sam, a tak mamy dwóch „Kanonierów”. Mamy jednak pięciu piłkarzy z pola. Aby nadać całej sprawie uroku warto dodać, że trzech z nich występuje w jednej drużynie. Co więcej, odgrywają oni w klubie z Nikozji rolę niemałą, czyli w nomenklaturze zachodniej po prostu w miarę regularnie grają. Niestety, APOEL to nie jest klub, przed którym drżeć będą nogi piłkarzy większości uczestniczących w LM klubów. Zaryzykować można nawet stwierdzenie, że drużyna Kosowskiego, Żewłakowa i Sikory jest najsłabszą na tym etapie rozgrywek. W rosyjskim Rubinie Kazań Rafał Murawski jest postacią nową, zatem nie mamy pewności, co do jego występów. Były as poznańskiego Lecha kosztował niemało, a do tego sporo się po nim nasi wschodni sąsiedzi spodziewają. Na pewno popularny „Muraś” stoi przed szansą pokazania się w Europie, czego z pewnością wszyscy kibicujący Polakom mu życzą. Wygląda więc na to, że najwięcej radości przysporzyć nam może drugi z braci Żewłakow – Michał. To piłkarz niezwykle solidny tak w klubie, jak i w reprezentacji (lub odwrotnie). Do Olympiakosu przechodził jako piłkarz podstawowy, takim też (z nielicznymi wyjątkami) pozostał. Gdyby ktoś chciał się czegoś uczepić, to tego, że jest on obrońcą, a nie chociażby pomocnikiem i przy piłce oglądać możemy go nieco rzadziej... Kolonia naszych jest więc w Lidze
Mistrzów faktycznie pokaźna, jednak nadmiar ich występów i
konieczność odpowiedniego dobierania transmisji telewizyjnych nam
raczej nie grozi. Zawsze to jednak miło wmawiać sobie, że mimo iż
nasze kluby przegrywają z potęgami estońskimi, to Polaków w
europejskiej elicie i tak nie zabraknie. Choćby i w dużej mierze na papierze.
piątek, 24 lipca 2009
W sezonie 1992/1993 wystartowały – wówczas jeszcze tylko w zamierzeniu – najbardziej elitarne rozgrywki piłkarskie na Starym Kontynencie. Niespełna trzy lata później na europejskich salonach zadebiutowała drużyna rodem z Polski – Legia Warszawa. Stołeczni wirtuozi dotarli aż do ¼ finału, co tylko zaostrzyło przyszłoroczne apetyty kibiców znad Wisły. Ogromnych nadziei sympatyków futbolu nie spełnił jednak Widzew Łódź, który zatrzymał się „tylko” na fazie grupowej. Jednak ówczesne „tylko” jest od trzynastu już lat niemalże spełnieniem marzeń. Nie chodzi bowiem o to, by polska ekipa cokolwiek w Lidze Mistrzów namieszała, ale by w ogóle do piłkarskiego raju się dostała. Wspomniany Widzew rok później (sezon 1996/1997) zawiódł kibiców jeszcze bardziej, gdy nie przebrnął przez eliminacje. To samo powtórzył rywal zza między, ŁKS. Nieudane szturmy na Ligę Mistrzów sześciokrotnie przeprowadziła Wisła Kraków, która tylko raz ustąpiła miejsca Zagłębiu Lubin. Ostatnia porażka boli szczególnie, gdyż europejska federacja zrobiła wszystko, by pomóc krajom piłkarsko słabszym. Polska się do takowych zalicza. Miłe złego początki Kiedy jesienią 1996 roku Jacek Dembiński drugi raz pokonywał bramkarza Borussi Dortmund z pewnością nie przypuszczał, że oto strzela ostatniego gola dla polskiej ekipy w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Co prawda był to już przedostatni mecz i jego Widzew miał raczej iluzoryczne szanse na awans z owej grupy, jednak całkiem słusznie prorokowano wówczas, że „za rok sobie odbijemy”. Wizje takie nikogo nie śmieszyły. Bo i jak tu sobie nie ostrzyć zębów na myśl o podbojach polskich kopaczy, gdy przecież ledwie rok wcześniej stołeczna Legia bez kompleksów walczyła z Blackburn Rovers, kompletnie nie dając pograć samemu Alanowi Shearer'owi? Albo ten mecz z Panathinaikosem – Krzysztof Warzycha miał lepszy dzień i zdobył dwie bramki, ale to nie znaczy, że jesteśmy gorsi. A Widzew? Przecież Citko strzelił Molinie za kołnierz z połowy boiska, jak to w ogóle możliwe, że odpadli? Ale nic tam. Za rok mieli się poprawić. Nie poprawili. Ten sam Widzew rozpoczął jesienią 1997 roku niechlubną serię porażek polskich drużyn, marzących o dostaniu się do piłkarskiej elity w Europie, może też i na świecie. Trafiali Polacy na Real Madryt czy FC Barcelonę. Za przegrane z rywalami tej klasy nikt ich winić nie ma prawa. Ale los stawał naprzeciw naszych Steauę Bukareszt czy Anderlecht Bruksela. Kluby może nie anonimowe, ale najzwyczajniej będące w zasięgu Mistrza Polski. Przynajmniej w teorii. Niestety praktyka pokazała, że III runda eliminacji to wszystko, na co stać nasze klubowe potęgi. UEFA wychodzi naprzeciw Zbawieniem miała być tegoroczna reforma rozgrywek. Nie wgłębiając się zanadto w szczegóły, rzec można w skrócie – słabi mają łatwiej. Nieodgrywające większej roli w piłkarskim światku kluby nie będą już nagminnie miażdżone przez Barcelony, Manchestery czy inne Juventusy już na samym początku swego triumfalnego pochodu do bram raju (czyt. fazy grupowej LM). Tyle teoria. Zgodnie z nią Mistrz Polski dostaje niejako na rozgrzewkę Mistrza Estonii, Levadię Tallinn. Jak bowiem inaczej traktować dwumecz z drużyną, która istnieje ledwie dziesięć (10) lat i na co dzień gra w lidze, gdzie od niepamiętnych już czasów tytułu mistrzowskiego nie zgarnął nikt spoza Tallinna? Ma co prawda Levadia na swym koncie 15 trofeów (sześć tytułów Mistrza Estonii, tyle samo krajowych pucharów plus trzy Superpuchary), ale to świadczy tylko o na niekorzyść tamtejszych rozgrywek. Piłkarze i zdecydowana większość kibiców zastanawiała się już, jak Wisła poradzi sobie w kolejnej rundzie z węgierskim Debreczynem, w którym to występuje były gracz „Białej Gwiazdy”, Dudu. Teraz takie dywagacje ma prawo czynić Mistrz Estonii. Kilka sezonów temu napuszaliśmy się przed niemal każdym meczem. Rywale truchleli przed nami na samą myśl o rywalizacji z Mistrzem Polski. Pora jednak zmienić tok myślenia. Estońska makabra pokazuje bowiem, że to nie tylko słabeusze poczynili postępy. Znacznie bardziej zatrważający jest fakt, że to nasze klubowe potęgi się uwsteczniły. Potwierdza to zresztą autor ostatniej polskiej bramki w fazie grupowej LM, dziś już emerytowany Jacek Dembiński. Były gracz Lecha Poznań przyznał, że grające w tamtych lepszych czasach polskie kluby rozprawiłyby się z takimi Estończykami 7:0. Co przyniesie jutro Pozostaje jedynie trywialne pytanie – co dalej? Być może Wisłę Kraków czeka po tejże porażce istna rewolucja, ale takowa dotyka podwawelski klub niemal co roku. Poza tym nie samą Wisłą stoi nasza klubowa kopana. Pierwszy krok „ku lepszemu” poczynił już organ najmniej o takie praktyki posądzany. Jednak to właśnie UEFA zreformowała swoje elitarne rozgrywki tak, by kibice nie musieli w kółko oglądać ekip angielskich, hiszpańskich czy włoskich. Może niekoniecznie chodziło o wprowadzenie na salony Estończyków czy Węgrów, ale Polaków na pewno tak. Piłeczka – mimo wszystko – jest teraz po naszej stronie.
poniedziałek, 16 marca 2009
Poważna kontuzja Łukasza Garguły dotknęła lub dopiero dotknie aż trzy drużyny. Z kolei na urazie Pawła Brożka - jeśli tylko potwierdzi się czarny scenariusz - stracą dwie ekipy. W krótkim odstępie czasowym dwóch świetnych polskich graczy wypadło z gry. Wiadomość ta zasmuca fanów GKS-u Bełchatów, Wisły Kraków oraz reprezentacji Polski. Ekipa z Bełchatowa chce walczyć o wysoką pozycję w Ekstraklasie. Jej celem jest nawet Mistrzostwo Polski, jednak ten bardziej realistyczny plan zakłada zakwalifikowanie się do europejskich pucharów. Głównym dyrygentem poczynań bełchatowskiej drużyny miał być Łukasz Garguła. Jego rola jednak na tej pomocy miała się skończyć, gdyż korzystając z tzw. prawa Bosmana podpisał on kontrakt z Wisłą Kraków. Wiślacy próbowali wykupić zawodnika jeszcze w zimowym okienku, jednak włodarze GKS-u pozostali nieugięci. Od zarobku woleli wynik sportowy. Teraz nie mają ani jednego ani drugiego. Dodatkową bolączką w sprawie Garguły jest fakt, że ma on być najprawdopodobniej najlepiej opłacanym piłkarzem w Ekstraklasie. Miał Wiśle pomóc zarówno w lidze jak i w europejskich bataliach. Jednak "rozgrywający z prawdziwego zdarzenia" jeszcze przez wiele miesięcy nie dojdzie do siebie. Jednak najwięcej stracić może na tym reprezentacja Polski. Lada moment Biało-Czerwoni stoczą zacięte boje eliminacyjne przed Mistrzostwami Świata 2010. Piłkarzy pokroju Garguły mamy niewielu, do tego właśnie w nim Leo Beenhakker widział swojego podstawowego gracza. Przez trzy tygodnie od urazu pomocnika z Bełchatowa zastanawialiśmy się, kim go zastąpić i co jeszcze złego może dotknąć naszą kadrę. Przecież problemy osobiste wpływają na grę Artura Boruca, Kuba Błaszczykowski co chwila leczy jakiś drobny uraz, Ebi Smolarek praktycznie nie gra... Teraz już wiemy, co jeszcze może się naszym orłom grozić. To groźba nie strzelania goli. Oczywiście Polacy nie słyną z aplikowania rywalom kilku bramek w jednym meczu, niemniej jednak ktoś je zawsze strzela. Do tej pory był to wspomniany Smolarek, jednak jego forma z eliminacji do Euro jeszcze długo pozostanie jedynie rzewnym wspomnieniem. Pozostali strzelali bramki raczej okazyjnie. Teraz egzekutorem miał zostać będący w dobrej dyspozycji Paweł Brożek. Napastnik Wisły Kraków doznał urazu w meczu z... GKS-em Bełchatów. Nie tylko na tym samym co Garguła boisku. Ba, to stało się nawet w tym samym polu karnym! Bez podstawowego rozgrywającego i napastnika przyszłość polskiej kadry stoi pod znakiem zapytania. Reprezentacji grożą gorsze od przewidywanych wyniki. Ich zastępcy może do trampkarzy nie należą, wszak nie tylko Garguła i Brożek grać w piłkę potrafią. Niemniej na dziś są to zawodnicy pierwszego sortu i ich strata jest ubytkiem poważnym. Nie wolno jednak zapominać o stratach krakowskiej Wisły. Broniąca mistrzowskiego tytułu drużyna spod Wawelu również traci dwóch świetnych zawodników. Garguła miał być wreszcie godnym następcą Mirka Szymkowiaka, Brożek mógł natomiast zrobić dla Wisły dwie rzeczy - strzelać bramki zarówno na krajowym podwórku jak i w europejskich rozgrywkach lub za pokaźną kwotę odejść za granicę.W obecnej sytuacji obaj w Krakowie pozostaną jeszcze jakiś czas. Nie pomogą na boisku, ale na pewno uszczuplą klubowy budżet...
czwartek, 12 lutego 2009
Przeciwników swojej naturalizacji miał Roger Guerreiro mniej więcej tylu, ilu za nią optowało. Argumentów jedni i drudzy mieli mnóstwo, ciężko było którejś ze stron jednoznacznie przyznać rację. Nikomu jednak, nawet tylko trochę związanemu z piłkarskim światkiem, nie pozostał Brazylijczyk obojętny. Tak jest zresztą do dziś. Do 2004 roku robił Roger, ze zmiennym szczęściem, karierę w lidze brazylijskiej. Do stołecznej Legii przybył trzy lata temu w glorii niemal bohatera. Pochwalić się może występami w słynnych Flamengo i Corinthians. Nie podbił boisk Segunda Division w barwach Celty Vigo i powrócił do ojczyzny. Stamtąd już, jako piłkarz Juventude, trafił do Legii pod koniec 2005 roku. Wraz z Edsonem da Silvą mieli zostać zbawcami warszawskiej ekipy i w dużej mierze te oczekiwania spełnili. Wnieśli oni na polskie boiska niesamowitą świeżość rodem z kraju kawy. Nieosiągalnymi dla większości ligowców dryblingi, ekwilibrystyczne zabrania i piękne bramki sprawiły, że w brazylijskim duecie zakochali się nie tylko kibice Legii. Sporo mówi się o zainteresowaniu jego osobą ze stroną klubów z nieco wyższej półki europejskiej, a włodarze stołecznego klubu widzą w tym okazję do zarobienia ogromnych pieniędzy. Początki w Polsce Edson w miarę szybko jednak okazał się strojącą fochy prima baleriną i zaczął sprawiać więcej problemów niż radości. Roger natomiast, mimo wahań formy, konsekwentnie budował swój wizerunek piłkarza może nie wybitnego, ale na pewno bardzo dobrego. Po niemal dwóch latach spędzonych nad Wisłą, w prasie pojawiły się pierwsze przebąkiwania o naturalizowaniu pomocnika Legii. Siłą rzeczy od razu nawiązano do sprawy Emmanuela Olisadebe, który to również swego czasu przywdział trykot z orzełkiem na piersi. Jednak przypadek Nigeryjczyka był zgoła odmienny, bowiem ówczesny napastnik warszawskiej Polonii był z naszym krajem związany nieco mocniej od Rogera. Przede wszystkim grał tu znacznie dłużej, swoje plany założenia rodziny wiązał z Polką. Poza tym popularny „Oli” walnie przyczynił się do awansu naszego kraju do Mistrzostw Świata w 2002 roku. Roger natomiast do kadry został dokooptowany w ostatniej niemal chwili przed turniejem Euro 2008, nie mając żadnego udziału w eliminacjach. W odróżnieniu od Olisadebe, nie był też debiutujący Roger w świetnej formie. Reprezentacja Mieszane uczucia wzbudza również obecny selekcjoner Polaków, Leo Beenhakker. To on był głównym orędownikiem nadania pomocnikowi Legii obywatelstwa polskiego twierdząc, że ten chłopak wraz z Jakubem Błaszczykowskim i Ebim Smolarkiem stworzy ofensywne trio, które na Euro sprawi, że Polska nie będzie tylko dostarczycielem punktów. Miał Holender rację tylko w jednej trzeciej: Błaszczykowski na w ogóle został w domu, a Smolarek był cieniem samego siebie. Natomiast Roger do spółki tylko z Arturem Borucem może nie odczuwać wstydu za swoje występy. Wśród piłkarzy z pola, był w naszej kadrze po prostu najlepszy. Chcąc nie chcąc, przeciwnicy Beenhakkera i Rogera musieli ukrócić swoje utyskiwania. W obecnych eliminacjach do Mistrzostw Świata 2010 Polacy radzą sobie, najogólniej mówiąc, średnio. Nie gromimy rywali, nawet nie wygrywamy pewnie i zasłużenie. Pole do popisu znów mają adwersarze „Don Leo”, którzy na wiekowego Holendra psioczą, upatrując w nim przyczyny całego zła zżerającego polski futbol. Siłą rzeczy dostaje się także Rogerowi, któremu zarzucają brak formy czy gwiazdorstwo. Jednak w ostatnim starciu Polski z Walią ciemnoskóry pomocnik znów wprawił kibiców w konsternację. Został bowiem autorem nie tylko jedynej bramki meczu, ale był to także gol urody wyjątkowej. Rzeknie ten i ów, że więcej w tej sytuacji miał Roger szczęścia niż umiejętności, jednak fakt pozostanie faktem. Póki nie doleczy się Błaszczykowski, póki do formy nie wróci Smolarek, wreszcie póki nie zmądrzeje Boruc, Roger pozostanie naszym najlepszym kadrowiczem. Zupełnie osobnym tematem jest w ogóle jego obecność w reprezentacji. Wiele kontrowersji wzbudza tryb nadania mu obywatelstwa. Jednak nie każdy chce pamiętać, że uwielbiany ongiś Olisadebe również dostał polski paszport w tempie mocno przyspieszonym oraz pominięciem kilku istotnych warunków (np. „Oli” do dziś niezbyt dobrze mówi w naszym języku). Obawy kibiców wzbudza także ewentualny transfer pomocnika Legii do zagranicznego klubu – mógłby on zepchnąć wówczas kadrę na boczny tor. Niestety, nie można także pominąć wątków czysto rasistowskich. Co dalej? Być może trwające eliminacje do MŚ 2010 w Republice Południowej Afryki pozwolą nieco wykrystalizować stosunek Polaków do Rogera. Wreszcie ma on bowiem realny wpływ na wyniki reprezentacji, a więc jej ewentualny sukces lub porażkę. Wówczas weźmie Roger na swe barki odpowiedzialność znacznie większą, niż miał to miejsce przy okazji turnieju Euro. Będzie naszym zbawcą, szarym kadrowiczem, czy szybko zechcemy go pożegnać? Casus Rogera pokazuje jednak jeszcze coś. Otóż co by mu nie zarzucić, jest on piłkarzem odstającym poziomem od większości naszych wirtuozów. Może nie nawiązuje umiejętnościami do swoich słynnych (byłych?) rodaków pokroju Ronaldinho czy Kaki, niemniej to w dużej mierze od jego dyspozycji zależą wyniki reprezentacji. Jeśli faktycznie zdezerteruje Roger na Zachód i o swojej nowej ojczyźnie zapomni, to szybko możemy za nim zapłakać. Niezależnie od uczuć, jakimi go darzymy.
niedziela, 18 stycznia 2009
O tym, że historia lubi się powtarzać, wiemy od dawna. Przy okazji międzynarodowych starć naszych drużyn, klubowych i narodowej, z lubością wracamy do naszych zamierzchłych tryumfów. Pretekst do podróży w czasie upatruję w obecnej sytuacji Górnika Zabrze i Manchesteru City. Obie ekipy stoją bowiem przed realną szansą powtórzenia swoich wielkich ongiś sukcesów. A zatem – zapraszam na wycieczkę w przeszłość. Lata 60. ubiegłego stulecia, to dla zabrzańskiego Górnika okres iście złoty. Śląskie asy aż sześć razy sięgały po tytuł Mistrza Polski, dorzucając do tego cztery puchary krajowe. Sukces odnotowały również gołowąsy tej drużyny, wygrywając w 1967 roku Mistrzostwa Polski U-18. Kibice, nie tylko Górnika, wspominają także wyśmienitą grę drużyny na arenie międzynarodowej. Szczyt formy zabrzańskiej jedenastki przypadł właśnie na końcówkę lat 60-tych. Ostatnie wielkie sukcesy Manchesteru City pamiętają już tylko najzagorzalsi fani tej drużyny. Rok 1976 okazał się ostatnim, w którym popularni „Citizens” wznieśli w górę trofeum, do tego mało prestiżowy Puchar Anglii. Był to jednocześnie ostatni podryw drużyny, która w latach 60-tych XX wieku uchodziła za ekipę naprawdę mocną, nie tylko w kraju. W roku 1970 drużyna City wygrała nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów. W finale angielski team pokonał... Górnika Zabrze. Obydwie ekipy były wówczas w swoich ligach mocne, w wielu meczach uważane za murowanych faworytów. Dominację na krajowym podwórku potwierdzały zachodząc wysoko w europejskich pucharach. Los skojarzył je ze sobą dopiero w finale wspomnianego PZP, było więc to prawdziwe spotkanie na szczycie. Polacy, mimo wielkich chęci, ulegli Anglikom 1:2. Dla City było to jedyne europejskie trofeum, dla Górnika (i w ogóle polskich drużyn) jedyny mecz finałowy na tak wysokim szczeblu. Rok później, już na etapie ćwierćfinału PZP doszło do rewanżu, jednak górą znowu byli „Citizens”. Nigdy potem już owe ekipy na boiskach europejskich tak dobrze sobie na radziły. Nowe nadzieje Po blisko 40. latach od tamtych wydarzeń los ponownie łączy obie drużyny. Nie chodzi tu jednak o bezpośrednie starcia na boisku, ale – przy zachowaniu odpowiednich proporcji – bardzo podobne sytuacje. Górnik Zabrze od pewnego czasu współpracuje z niezwykle bogatym sponsorem, niemiecką firmą Allianz. Od czasu parafowania umowy śląscy kibice oczekują odbudowy drużyny wielkiej, liczącej się w kraju i za granicą. Sen o wielkim Górniku, z gwiazdami w składzie i super managerem na ławce jest wciąż tylko sennym marzeniem. Wielkich pieniędzy na razie w Zabrzu nikt nie widział, podobnie jak piłkarzy z górnej półki. Trenuje Zabrzan słynny Henryk Kasperczak, ale z pustego to i Salomon nie naleje. Dlatego „Henri” nie śpi po nocach obmyślając, jak tu Górnika utrzymać w Ekstraklasie. O transferowych hitach może zapomnieć, gdyż wielcy idą tam, gdzie sukcesy mają zagwarantowane, a nie obiecane na papierze. Podobnie rzecz ma się z Manchesterem City. Przejęcie „Citizens” przez bajecznie bogatych przybyszów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich rozbudziło w kibicach marzenia o nawiązaniu do lat 60-tych i 70-tych. Płynące bez końca petrodolary mają bowiem zagwarantować sprowadzenie do klubu piłkarzy wybitnych, za których trzeba płacić kwoty niebotyczne. Szejkowie wejście mieli zaiste udane – sprzątnęli wielkiej Chelsea sprzed nosa wyrywanego z Realu Madryt Brazylijczyka Robinho. Stało się to w niejako doliczonym czasie letniego okienka transferowego i miało być jedynie przygrywką przed styczniowym szaleństwem zakupów. Rzeczywistość jest jednak zgoła odmienna – na półmetku obecnego sezonu ekipa prowadzona przez Marka Hughes'a walczy, by... nie spaść z ligi. Możnowładcy z Górnika, analogicznie do szefów City głowią się, jak do gry w ich klubie przekonać piłkarzy o solidnej marce. I wcale argumentem nie są tu pieniądze – zarówno do Zabrza, jak i do Manchesteru nie nadciągają tłumnie gwiazdy, wabione lukratywnymi kontraktami. Obie ekipy nie gwarantują bowiem gry w Lidze Mistrzów już w przyszłym sezonie. Ba, kluby te nie są nawet pewne ligowego bytu! Kto wie, może jednak marzenia się spełnią i kibice obydwu drużyn będą mogły znów oklaskiwać wielkie tryumfy swoich pupili? Póki co, priorytetem jest dla nich ucieczka od strefy spadkowej i zajęcie pozycji gwarantującej udział w europejskich pucharach. Idąc tym tropem dalej – może obydwie ekipy ponownie wpadną na siebie w rozgrywkach międzynarodowych?
niedziela, 11 stycznia 2009
Wydawało się, że niezdrowy szum wokół tegorocznej nagrody dla najlepszego sportowca roku zeszłego będzie trwał jeszcze długo. Ilu dyskutantów, tyle zdań i każdy, w swoim mniemaniu, miał rację. Głównym argumentem miało być błyszczące złoto, przywiezione przez naszych olimpijczyków z Pekinu. To ponoć stawia ich wyżej od naszego rodzynka w elitarnej F1. Wydawało się także, że spór nie znajdzie rozstrzygnięcia, a już na pewno nie sprawiedliwego. Od dziś jednak sprawę można uważać za ostatecznie zamkniętą. Kontrowersyjnego Złotego Czempiona Kubica przekazał bowiem na licytację w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W swoim oświadczeniu Kubica dodał, iż wydarzenia mające miejscu po otrzymaniu nagrody, nie mają nic wspólnego z duchem sportowej rywalizacji. Tym eufemizmem wytknął po prostu pewnym ludziom zaściankowość i zawiść. On nie miał za sobą wsparcia różnorakich związków sportowych, nie mógł liczyć na polskich sponsorów. Zgoła odwrotnie wygląda sytuacja olimpijczyków, którym - zdaniem mediów - nagroda należy się jak psu buda. I tak sobie myślę, że Kubica tym samym wygrał dwa razy. Pierwszy raz zasłużenie zdobył statuetkę na najlepszego sportowca - po prostu nikt inny nie osiągnął tego, co on. Drugi tryumf to zamknięcie kłapiących gęb, z których słowa krytyki płynęły jak ścieki z rynsztoku. Ciekawe, co teraz powiedzą? Na koniec taka refleksja - być może Kubica, oprócz umiejętności sportowych, zdobył także nieosiągalny dla naszych zaplutych malkontentów poziom odpowiedniej kultury i klasy?
czwartek, 08 stycznia 2009
Z góry zaznaczam, że pytanie postawione w tytule nie jest automatyczną negacją. Przedstawię tu tylko kilka faktów i wniosków dotyczących niedawnego plebiscytu "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca roku 2008. Od paru dni toczy się bowiem zażarta dyskusja o słuszności tryumfu Kubicy w tejże imprezie. Jak to przy okazji takich rankingów bywa, zawsze znajdą się zwolennicy i przeciwnicy tryumfatora. Jest to zjawisko najbardziej zauważalne w piłce nożnej, ale nie omija też sportu w ogólnym znaczeniu. Tutaj sprawa wydaje się być "prosta" - czy Kubica zasłużył na tryumf bardziej od złotych medalistów z pekińskiej olimpiady? Leszek Blanik, Tomasz Majewski i wioślarska czwórka - to oni przywieźli nam z dalekich Chin złote krążki. W swoich dyscyplinach zostali więc mistrzami i ich wyższość nad innymi (podkreślam - w swojej dyscyplinie) nie podlega kwestii. Co natomiast osiągnął Kubica? Zajął on w klasyfikacji mistrzostw świata miejsce czwarte, tuż za podium. W całym sezonie wygrał zaś jeden wyścig. Sprawa jest więc oczywista? Nie ma medalu, nie ma nagrody, tak? Przecież nie jest istotne, że Robert jeździł dobrze - nie poparł tego konkretnym tryumfem. Idiotyczne są też tłumaczenia, że on walczył cały rok, a olimpijczycy tylko błysnęli przez kilka dni w Pekinie. Zarówno oni, jak i Kubica, na sukcesy pracują non-stop. Co więc zdecydowało o przyznaniu lauru właśnie naszemu rodzynkowi w F1? Tak, teraz sprawa jest oczywista. Jak w zdecydowanej większości tego typu plebiscytów, zadecydowała o tryumfie Kubicy... uwaga... popularność! Jest pierwszym Polakiem, który dostał się do elitarnego świata Formuły 1. Nie mając żadnych warunków (i sponsora) w kraju, ciężko pracował na swoją obecną sytuację. Cokolwiek zrobi teraz w F1, zawsze już będzie "tym pierwszym". Przetarł szlaki dla następców w dyscyplinie tyleż u nas niedostępnej, co popularnej. Medialna wrzawa nie omijała Kubicy cały rok, niczym ongiś Adama Małysza. Miliony ludzi co niedzielę przed telewizorami dmucha już nie w narty, a w kolorowy bolid. Poczynaniami Kubicy naród żyje. A czy ktoś nałogowo chce, lub już ogląda miotanie kulą? Albo chociaż wiosłowaniem? Inaczej sformułuję pytanie - w której dyscyplinie tryumfował Leszek Blanik? Na koniec dodam jeszcze ciekawostkę. Otóż od 80 już lat (od 1928 r.) w każdym roku olimpijskim, w plebiscycie "PS" tryumfowali nasi złoci medaliści z igrzysk. Wyjątkiem był rok 1936, gdy wygrała tenisistka Jadwiga Jędrzejowska. Ale Polska nie przywiozła wówczas z igrzysk w Berlinie żadnego medalu. Chyba wiadomo dlaczego? Tak więc i w tym przypadku Kubica jest pierwszy.
sobota, 27 grudnia 2008
![]() Jedna z najlepszych drużyn w historii futbolu, Real Madryt, od początku sezonu nękana jest rozlicznymi kontuzjami. Mniej lub bardziej poważnych urazów nabawiło się już przeszło 20 zawodników (!). Co prawda londyńska Chelsea ma pecha jeszcze większego (26), jednak to kroki Realu podjęte w związku z sytuacją dziwią najbardziej. Real to jedna z najbardziej rozwiniętych drużyn na świecie. Sukcesy klubu są efektem wieloletniej pracy osób z nim związanych. Mają "Królewscy" wielkich kopaczy w składzie, ogromny stadion, grube miliony na koncie bankowym i jeszcze więcej fanatycznie oddanych kibiców. Jak każda poważana drużyna, mają również mocno rozbudowaną infrastrukturę sportową. W teorii posiadają także liczne drużyny rezerwowe i młodzieżowe. A jak wygląda praktyka? Tego typu drużyny, zwane w skrócie "drugimi", są w wielkich klubach prawdziwym zapleczem dla pierwszego zespołu. To tutaj swoje mecze rozgrywają zdolni juniorzy, zawodnicy rezerwowi oraz powracający do formy, np. po kontuzji. Niektóre "drugie" zespoły są w wielu klubach naprawdę silnymi ekipami. Grają tam zawodnicy, którzy z powodzeniem mogliby wzmocnić niejeden skład europejskiej drużyny. W Realu pompowane są ogromne pieniądze, by działalność zespołów rezerwowych była w pełni profesjonalna i przynosiła wymierne efekty. W odróżnieniu od chociażby naszego kraju, tymi drużynami zajmują się wybitni specjaliści. Jakie więc efekty przynoszą te działania w Madrycie? Przy ponad 20 urazach, ławka rezerwowych każdego zespołu stałaby się za krótka. Van Nisterlooy, Heinze, De La Red, Torres, Diarra - o tych piłkarzach Real może w tym sezonie praktycznie zapomnieć. Wielu ich zmienników również dosięgły kontuzje. Naturalnym więc wydaje się wyciągnięcie kogoś z rezerw klubu. Słynna Castilla, czyli Real Madryt B, ma w swoim składzie kilku piłkarzy, którzy mogliby z dobrym skutkiem wskoczyć do pierwszego zespołu. Za tych grajków "Królewscy" płacić nie muszą. Oni już mają z klubem podpisane kontrakty, wielokrotnie niższe od naczelnych gwiazdorów. Najpoważniejszym osłabieniem Realu jest brak napastnika. Wspomniany van Nisterlooy nie zagra do końca sezonu, a Saviola i Higuain również często odwiedzają gabinet lekarski. W tej sytuacji osamotniony jest kapitan zespołu - Raul. We wspomnianej Castilli grają takie perełki, jak Miguel Palanca, Adam Szalai czy Alberto Bueno. Mogliby oni w naprawdę dużym stopniu zastąpić kontuzjowanych kolegów. A co robi Real? Real dramatycznie poszukuje wzmocnień. Media podają wciąż nowe nazwiska potencjalnych kandydatów do gry w Madrycie. Wiadomo, że do klubu w styczniu przyjdą Lassana Diarra oraz Klaas-Jan Huntelaar. Za tego drugiego, który ma zastąpić van Nisterlooy'a, Real zapłacił przeszło 20 milionów euro. A ile pieniędzy przez ostatnie lata działacze przeznaczyli na funkcjonowanie drużyn rezerwowych? Kluby takie jak Real muszą działać nie tylko w imię sportu, ale i biznesu. Wartość marketingowa biegającego po Satniago Bernabeu kopacza jest równie ważna, co jego umiejętności czysto piłkarskie. Huntelaar może do tuzów świata reklamy nie należy, ale na pewno na jego koszulkach Real zarobi więcej niż na Szalaiu czy Bueno. Wygląda więc na to, że w Madrycie nie wyciągnięto żadnych wniosków z bolesnej przeszłości. Real nadal wydaje setki milionów euro na być może niekiepskich graczy, ale ciągle zapomina o swoich własnych rezerwach. Oczywiście nie są "Królewscy" w swoich działaniach wyjątkiem, taka praktyka stosowana jest w wielu klubach. Ale na pewno nie na taką skalę, jak to ma miejsce w Madrycie. Warto też wspomnieć, że kilku graczy którym udało się z rezerw klubu wyrwać, robi całkiem przyzwoite kariery w innych ekipach. Sprawą na osobny temat jest, co będzie, gdy gdy Real nakupuje piłkarzy w styczniu, a potem ci teraz kontuzjowani dojdą do zdrowia...
czwartek, 25 grudnia 2008
![]() Dawid Janczyk ma teraz ogromną szansę, by powrócić do wielkiej piłki. Włodarze CSKA Moskwa, którego jest zawodnikiem, zgodzili się wypożyczyć go na pół roku do KSC Lokeren. Na pobicie strzeleckich wyczynów Włodzimierza Lubańskiego raczej nie ma co liczyć, bo w Belgii spędzi tylko pół roku. Chyba, że klub zdecyduje się go wykupić, co jest jednak wątpliwą sprawą - Rosjanie półtora roku temu zapłacili za Janczyka ponad 4 mln euro. Nawet, gdyby piłkarz gotów był obniżyć swoje apanaże (ok. miliona dolarów za sezon), to raczej Belgów nie będzie stać na definitywny transfer. Najważniejsze jednak, że były as warszawskiej Legii i juniorskiej reprezentacji Polski staje przed szansą regularnej gry. W Moskwie przegrywał bowiem o miejsce w składzie z Brazylijczykiem Jo, teraz z Vagnerem Love. Jednak gdy tylko gra - w klubie czy reprezentacji - robi to naprawdę dobrze. Jeszcze niedawno czarował warszawską publiczność, ocierał się o kadrę narodową. Po świetnym występie na Mistrzostwach Świata U-20 miał oferty min. z Atletico Madryt. Wybrał jednak kierunek rosyjski, gdzie z wyżej wymienionych powodów nie dostawał wielu szans na grę. Niegdyś porównywany do Messiego (z zachowaniem odpowiednich proporcji), teraz przez wielu uznany za zmarnowany talent. Coś w tym jest, bo biorąc pod uwagę jego wcześniejszy rozwój, powinien już regularnie strzelać dla CSKA i reprezentacji. Poza tym w jego wieku (21 lat) trudno już mówić o przepadnięciu w świecie futbolu. Ponoć trener Lokeren widzi Dawida w podstawowym składzie. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by jego kariera wróciła na właściwe tory. A skorzystać może na tym nie tylko sam zawodnik, ale i kadra narodowa.
niedziela, 21 grudnia 2008
![]() Do dziś, od pojawienia się pierwszych informacji o przejściu Davida Beckhama do AC Milanu minęło już więcej czasu, niż trwać będzie samo wypożyczenie. Uwaga, jaką poświęcono włoskiemu epizodowi pomocnika LA Galaxy jest porównywalna z największymi sagami transferowymi, których to świadkami jesteśmy przy okazji letniego i zimowego otwierania okien. System rozgrywek MLS nie pokrywa się z tym europejskim, dlatego też mający nadzieję na występy w kadrze Anglik robi wszystko, by Fabio Capello chciał go powoływać. Przerwa w amerykańskich rozgrywkach powoduje, że Beckham musi szukać rozwiązań alternatywnych. Mając jednak w Los Angeles kontrakt niebotyczny, na stały powrót do Europy pozwolić sobie nie może. Dla włodarzy klubu jest bowiem inwestycją daleko wykraczającą poza ramy soccera - David to prawdziwy produkt marketingowy, o jakim niejeden manager firmowy może pomarzyć. Zresztą nie oszukujmy się - popularny Becks ma świadomość upływających lat i powoli z prawdziwej piłki się wycofuje, więcej czasu poświęcając wszelkiej maści interesom. Jego dwu i pół miesięczne wypożyczenie do zranionego giganta Serie A wywołało ogromny szum nie tylko w słonecznej Italii. Mniej i - co gorsze - bardziej poważne periodyki rozpisują się o wszelkich szczegółach eskapady Anglika na Półwysep Apeniński. Drukiem ukazało się już setki wypowiedzi w tej sprawie nie tylko Beckhama, ale i ludzi związanych z AC Milanem - od właściciela po klubową babcię klozetową. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że o transferze Ronaldinho i Szewczenki nie powiedziano/napisano tyle, co o przyjeździe byłego asa Manchesteru United. Sportowo Beckham do Milanu wniesie niewiele. Jego napięty terminarz sprawia, że może nawet nie wziąć udziału we wszystkich meczach, które włoska drużyna rozegra w czasie tegoż wypożyczenia. Kontrakty reklamowe są bowiem dla niego kwestią priorytetową, dlatego może jedynie dać nieco radości kibicom Milanu, a właścicielom nieco powiększyć portfele. Po latach ładnie będzie wyglądać w statystykach włoski epizod Beckhama, a do historii klubu dopisany zostanie jeden z lepszych ongiś pomocników na świecie. Oczywiście życzę Anglikowi jak najlepiej, by faktycznie utrzymał przyzwoitą formę i jeszcze kilka razy pokazał coś ciekawego na boisku. Ponoć jeśli współpraca z Milanem okaże się owocna, strony za rok - przy okazji kolejnej przerwy między rozgrywkowej w MLS - chętnie wrócą do tematu. A może by tak co sezon trafiać na kilka tygodni do innego europejskiego giganta?
czwartek, 18 grudnia 2008
Kibice polskich klubów nie mieli w ostatniej dekadzie dużo pociechy ze swoich faworytów. Wielkie nadzieje wiązaliśmy z tryumfującą Wisłą Kraków, trochę radości dał - formalnie dziś nie istniejący - Groclin, a teraz pozytywne emocje wzbudza Lech. Poznaniacy awansowali wczoraj do fazy play-off Pucharu UEFA. Pod wodzą Henryka Kasperczaka krakowska Wisła gniotła ligowych rywali, z łatwością zdobywając kolejne tytuły Mistrza Polski. Jednak określenie "za silna na Polskę, za słaba na Europę" znajdywało potwierdzenie w blamażach z Panathinaikosem, Anderlechtem, Tbilisi czy Valerengą. Był jednak taki sezon, kiedy Wiślacy po heroicznych bojach odprawili z kwitkiem Parmę i Schalke, zatrzymując się dopiero - też po walce - na rzymskim Lazio. Przepoczwarzony dziś w Polonię Warszawa Groclin dał polskim kibicom sporo radości pokonując wyżej notowaną Herthę Berlin i Manchester City (to w tym meczu Sebastian Mila pokonał z rzutu wolnego Davida Seamana, czym zapewnił sobie miejsce w reprezentacji na długie lata). Potem jednak gracze z Grodziska w marnym stylu przegrali z Bordeaux. W tym sezonie przypomniała o sobie Wisła, która po wysokiej przegranej w Hiszpanii pokonała w meczu o pietruszkę FC Barcelonę. Pyrrusowe zwycięstwo będzie jeszcze przez lata rozpamiętywane. I słusznie - to spory sukces w polskiej piłce klubowej. W tym samym czasie Lech Poznań walczył o awans do fazy grupowej Pucharu UEFA. Podopieczni Franciszka Smudy dopięli swego, dzięki czemu dostali szansę zmierzenia się z Nancy, CSKA Moskwa, Deportivo i Feyenoordem. Choć z Rosjanami przegrali, z Francuzami i Hiszpanami zremisowali, a z Holendrami zanotowali jedyne zwycięstwo, wystarczyło to do awansu i na wiosnę zobaczymy Lecha w Pucharach. Już jutro odbędzie się losowanie par. Miły dla oka i ofensywny styl gry poznaniaków daje kibicom sporo uciechy. Lech gra efektownie, ale i efektywnie - oprócz pucharowego awansu, są gracze Kolejorza także na pozycji lidera Ekstraklasy. Nic dziwnego, że tych piłkarzy widzieć chce u siebie nie tylko Leo Beenhakker, ale także kilku managerów klubów zachodnich. Włodarze Lecha zapowiadają jednak, iż wyprzedaży gwiazd nie będzie. Przeciwnie - zimą do Poznania mają przybyć wzmocnienia (idąc za przykładem Stilica, Kolejorz szuka piłkarzy na Bałkanach). Wygląda więc na to, że wreszcie doczekamy się "czegoś" ze strony naszych w Europie. Nieistniejąca już Amica Wronki była w PUEFA chłopcem do bicia, ale po połączeniu sił z Lechem stanowi duże zagrożenie dla rywali. Za kilka lat owe wyniki będą tylko statystyką, ale mamy jeszcze świeżo w pamięci, jak blisko byli lechici pokonania Deportivo i Nancy. Najważniejszy jednak jest awans, piątkowe losowanie i... działania podjęte przez klub. Jest sporo czasu na to, by drużynę sensownie wzmocnić i zgrać ze sobą. Franciszkowi Smudzie i jego ekipie życzymy sukcesów.
wtorek, 16 grudnia 2008
Pracy klubowego managera z pracą selekcjonera reprezentacji porównać jako tako się nie da. Bo niby obaj prowadzą drużynę piłkarską, jednak na tym podobieństwa praktycznie się kończą. Tak samo można sobie do woli dywagować, która z powyższych profesji jest trudniejsza czy bardziej nobilitująca. Czego np. może zazdrościć sir Alex Ferguson prowadzący Manchester United Fatihowi Terimowi - selekcjonerowi reprezentacji Turcji? A czy dyrygujący Mistrzami Europy (Hiszpanami) Vicente del Bosque łypie zazdrosnym okiem na piastowaną przez Jose Mourinho posadę managera Interu? Podobne dylematy może przeżywać manager X, prowadzący klub Y gdy dostanie propozycję poprowadzenia kadry Z. I odwrotnie - twardy orzech do zgryzienia dostanie prowadzący naszą reprezentację Leo Beenhakker, gdy włodarze angielskiego Sunderlundu zaproponują mu pracę. Każdy przypadek jest inny i nie ma jednego złotego środka. Gdyby rzeczony wcześniej sir Ferguson dostał propozycję prowadzenia kadry Słowacji, temat skwitowałby swoim szyderczym uśmieszkiem. Ale gdyby ta sama oferta dotarła już do Macieja Skorży, to Wisła musiałaby pilnie szukać nowego trenera. A w jakiej sytuacji jest Beenhakker? Holender wprowadził do naszej piłki i trochę też kultury nowe standarty. Bezlitośnie i na każdym kroku ale z taktem i wyczuciem wykazywał nam elementarne błędy, jakie popełniamy na niwie futbolu. Leo nie drwił z nas i nie pokazywał paluszkiem, jaki to on jest od nas lepszy. Choć mógł - prowadzący wcześniej chociażby Real Madryt selekcjoner mógł pouczuć się w Polsce jak w futbolowym Kraju Trzeciego Świata. Z czasem zauważył też, że nie tylko futbolowym. Przedstawiciele słynnej Polskiej Myśli Szkoleniowej (PMS) z Piechniczkiem i Engelem na przedzie, jęli Holendrowi wytykać co raz to drobniejsze potknięcia. Każdą porażkę roztąsali jak klęskę żywiołową, sukcesy zaś umniejszami twierdząc, że polski trener też by dał radę. Nawet za mniejszą gażę. Odkąd jednak z podszeptów członkowie PMS przeszli do jawnego ujadania, don Leo powiedział "stop". Przekazał prasie, co na prawdę myśli o takich fajtłapach jak żyjący przeszłością Piechniczek czy oratoryjny Engel. Szybko jednak za swoje słowa przeprosił mówiąc, iż przez tą sytuację zatraca sam siebie. Innymi słowy Beenhakker wyraził obawę, że zaściankowością ludków z Miodowej zaczyna przesiąkać. Czyli zniżać się do ich poziomu. Po prostu zaczyna on dostrzegać, w jakim naprawdę jest położeniu. Po wieloletnich wojażach trafił do kraju bardzo kiepskiego w temacie piłki nożnej. Brak szkolenia młodzieży, infrastruktury sportowej, klubów walczących w Europie i wreszcie sama reprezentacja - nigdy nie grająca na Euro, roztrzaskana po niedawnym Mundialu. Podjął się zadania arcytrudnego i - mimo drobnych komplikacji - Polskę na Euro wprowadził. Te komplikacje, to głównie podszepty niezadowolonych oficjeli. Leo starał się ich ignorować, czasem żartobliwie twierdząc, że nie wie co o nim piszą, bo nie zna naszego języka. Sytuacja jednak robi się co raz gorsza, Beenhakkera atakują wciąż to nowi pezetpeenowcy, niektórzy dziennikarze czy inne persony z futbolem jakoś powiązane. W Trynidadzie i Tobago płakano po jego odejściu, mimo że na debiutanckim dla tego kraju Mundialu nic nie osiągnął. W ramach wdzięczności przekazano mu na odchodne symboliczny milion dolarów. U nas za podobny wyczyn może liczyć tylko na mieszanie z błotem. Jeśli prawdziwą okaże się propozycja Sunderlandu, możemy już szukać następcy Leo. To nasamprzód, bo skutki jego odejścia będą znacznie większe. Nie ma w tym miejscu sensu się o nich rozwodzić, bo dla każdego są oczywiste. Beniaminek Premiership oferuje mu stabilną pracę w najlepszej lidze świata, bez utyskiwania władz centralnych i wytykania każdego potknięcia. Przez cały tydzień będzie mógł Leo szkolić głodnych gry piłkarzy, mając do dyspozycji sztab przychylnych mu ludzi, nowoczesną infrastrukturę, etc. Ktoś spyta, jak można zamienić kadrę Polski na średniaka Premiership? To ja spytam inaczej - przy całym szacunku dla Polski, w czym od takiego Sunderlundu jesteśmy lepsi? Pytam ogólnie, czyli nie o samą drużynę. Gdyby Beenhakker faktycznie dokonał takiego wyboru, to nikt nie może mieć do niego pretensji. Nikt nie ma ochoty na stare lata użerać się z zaściankową trupą fachowców, żyjących "sukcesami" rodzimej piłki z lat 70-tych. Leo wróci do świata Zachodu, gdzie dostanie zasłużony szacunek i wdzęczność. Nam natomiast pozostanie żal po człowieku, który zrobił wiele dobrego i jeszcze sporo mógł dokonać. Ale nie martwmy się - PMS znajdzie nam prawdziwego cudotwórcę...
wtorek, 09 grudnia 2008
Parę dni temu manager Sunderlandu, Roy Keane zrezygnował z piastowanej posady. Uczynił to po równo 100. spotkaniach spędzonych na ławce trenerskiej "Kotów". Choć zespół faktycznie spisywał się ostatnio słabiej, były legendarny pomocnik podjął decyzję w momencie - delikatnie pisząc - kiepskim. Osierocił drużynę tuż przed prestiżowym i wyjątkowo ciężkim starciem z Manchesterem United. Smaczku sprawie dodaje fakt, że tym samym nie doszło do pojedynku trenerskiego mistrza (Alex Ferguson) z uczniem (Keane). Zresztą mistrz i tak w ramach kary zasiądzie na trybunach. Odejście Keane'a było jednak tylko przygrywką do bardziej spektakularnego rozstania na linii trener-klub. Skala tego wydarzenia jest niepomiernie większa od dramatu angielskiego, gdyż działacze Realu Madryt pozbywają się swego opiekuna na minuty przed Gran Derbi Europy (!). W sobotę "Królewscy" jadą więc do Barcelony nie po przegraną, lecz po zaznanie sromotnej klęski. Juande Ramos jest już 8. (ósmym) trenerem Realu w ostatnich pięciu latach. Nie ma więc mowy o jakiejkolwiek stabilizacji w tejże instytucji. Bernd Schuster wyleciał za zawstydzające porażki, ale już taki Fabio Capello za zdobycie "tylko" mistrzostwa Hiszpanii. Przed Ramosem jest więc bardzo niewdzięczne zadanie - nawet, jeśli wyciągnie Real z głębokiego kryzysu, może być w oczach działaczy tylko rozwiązaniem tymczasowym. Skoro zwolnili trenera w takim momencie, to wszystko jest już dla nich możliwe. Real od początku sezonu ma pecha. Fachowcy podliczyli, iż piłkarzom przytrafiło się już ponad 20 kontuzji, sprowadzone za ciężkie miliony euro gwiazdy nie błyszczą (w przeciwieństwie do sprzedanych gdzie indziej wychowanków), przegrane z kolejnymi rywalami... Nic dziwnego, że Calderon do spółki z Mijatovicem poczęli szukać winnych. Oberwało się nawet klubowemu lekarzowi, ale tylko kwestią czasu było zwolnienie Bernda Schustera. Juande Ramos znany jest przede wszystkim jako twórca potęgi FC Sevilli. Z klubem tym dwukrotnie zdobył Puchar UEFA, dorzucając Puchar i Superpuchar Hiszpanii oraz Superpuchar Europy. Wcześniej prowadził kilka mniej znanych klubów, w tym także rezerwy... FC Barcelony. Ostatnio - z marnym skutkiem - pracował w angielskim Tottenhamie. Co osiągnie z "Królewskimi"? Oby tylko zarząd poczekał trochę dłużej niż do najbliższej soboty... Wobec zaistniałej sytuacji można by dywagować, czym było posunięcie włodarzy Realu - akt rozpaczy czy głupoty? Moim zdaniem był to akt rozpaczliwej głupoty...
poniedziałek, 08 grudnia 2008
Za nami połowa piłkarskiego sezonu w Polsce. Kluby z Ekstraklasy rozegrały wszystkie 15 kolejek rundy jesiennej i awansem dwie z rundy wiosennej. Teraz piłkarzy czeka przymusowa, ponaddwumiesięczna przerwa. Dodajmy, że całkowicie pozbawiona sensu. Nie bardzo minie się z prawdą ten, kto stwierdzi że wirtuozi z naszej ligi mają wakacje dwa razy w ciągu roku. Mamy bowiem - jak w prawie całej Europie - przerwę letnią, przypadającą na kawałek czerwca, lipiec i niemal cały sierpień, oraz ekstra pauzę, zahaczającą o grudzień, styczeń i lwią część lutego. Ale po co, panowie po co?! Nadszarpnięta ze wszech miar korupcją, chuligańskimi wybrykami i Bóg raczy wiedzieć czym jeszcze nasza kochana Ekstraklasa (i ligi okoliczne) liczy na tę chwilę 16 drużyn. Już samo to powoduje rozciągnięcie w czasie rozgrywania kilku kolejek. To nie Anglia, że przez liczebność drużyn (i rozgrywek) grać trzeba w święta lub w środku tygodnia. U nas można spokojnie grać tylko w soboty i to też nie wszystkie. Do tego wciąż w powietrzu wisi pomysł skurczenia tejże ligi - plusem byłoby tylko zwiększenie prestiżu rozgrywek w ramach krajowych pucharów, bo "potentaci" przestaliby wystawiać średnio zmotywowane rezerwy klubu. Kolejnym problemem jest strefa klimatyczna, a raczej nieadekwatna do niej infrastruktura sportowa. Dzisiejsze rozwiązania techniczne pozwalają na rozgrywanie meczów na Antarktydzie, jednak do nas owe nowinki jeszcze nie dotarły. Podgrzewana murawa czy zadaszone trybuny to dla wielu polskich klubów wciąż temat z pogranicza fantastyki. Nie mówiąc już nawet o "zwykłym" oświetleniu stadionu. Te i inne okoliczności sprawiają, że z konieczności musimy ekscytować się ligowymi zmaganiami zza granicy, podczas gdy nasi grajkowie zaliczają kolejne egzotyczne zakątki globu. Jakie są tego skutki i co można temu zaradzić? Rozwiązania są dwa Jednym ze sposobów na radzenie sobie z trwającą od lat sytuacją jest zmiana systemu rozgrywek. Wówczas przerwa zimowa byłaby de facto przerwą między kolejnymi sezonami, natomiast w lipcu i sierpniu piłkarze graliby dalej. Tak jest chociażby w Rosji, ale gdyby nie tamtejsze pieniądze, wielu piłkarzy nie chciałoby tak grać. Dlatego jest drugie, znacznie lepsze rozwiązanie - budowa nowej i modernizacja istniejącej infrastruktury sportowej. Bez przesady - nie żyjemy na Biegunie, by nie poradzić sobie z naszymi zimami czy nawet deszczami. Wystarczy "tylko" stadiony zadaszyć, podłączyć instalacje grzewcze i zatrudnić sztab ludzi utrzymujących wszystko w normie. Wtedy mielibyśmy nie tylko normalną ligę, ale także nowoczesne stadiony, a o korzyściach z nich płynących rozpisywać się chyba nie muszę (?). Zagrożenia Pozostawienie sprawy jak jest ciągnie za sobą konsekwencje. Nie raz już polskie kluby, które cudem przebiły się do kolejnych rund europejskich pucharów, już na początku roku z nich odpadały. Bo jak zespół będący w trakcie wakacji ma walczyć z drużyną regularnie grającą w lidze? Poza tym wielu piłkarzy z powodu owej przerwy do naszej ligi nie chce przyjść albo - co gorsze - chce z niej odejść. Tym sposobem nigdy nie wychowamy sobie dobrych grajków i nie stworzymy drużyny znaczącej coś w piłkarskiej Europie. Jeszcze tak wracając do zmniejszania ligi - a może właśnie trzeba ją zwiększyć, by nasi więcej grali?
czwartek, 04 grudnia 2008
![]() O zimowych planach bajecznie bogatego Manchesteru City rozpisują się wszyscy - od tabloidów po szanowane periodyki. Podobnie jest z wymienianymi nazwiskami potencjalnych kandydatów - od mało znanych (Kleberson) poprzez niezłych (Santa Cruz), świetnych (Luis Fabiano) aż do nietykalnych (Buffon). Jedno jest pewne - Manchester City kilku grajków sprowadzi. Pytanie tylko - zakupów dokonają pod kątem wyników marketingowych czy sportowych? Zupełnie nie rozumiem, czemu już teraz o City mówi się jako o potędze. Klub z Manchesteru stawiany jest na równi z Interem, Barceloną czy chociażby swoim rywalem zza miedzy - United. A przecież oni dopiero nie tyle będą, co mogą być wielcy. Póki co jest to zespół, który jeszcze kilka sezonów temu bronił się przed spadkiem z Premier Ligue, do czołówki mu daleko i walczy ledwie o Puchar UEFA. Skład ma dość wyrównany z jedną gwiazdą - Robinho. Do miana potęgi droga jeszcze długa i kręta. Mark Hughes znajduje się w położeniu, którego zazdrości mu chyba każdy trener. Arabscy szejkowie dają mu bowiem do dyspozycji wór bez dna, ociekający petrodolarami. Przeszkodą więc nie są finanse, tylko zgoda klubu lub samego piłkarza. Cena i wysokość zarobków nie grają roli - byleby tylko piłkarz był... No właśnie - znany i realnie przydatny dla drużyny czy tylko znany? Wydać setki milionów euro żadną sztuką nie jest. Jeśli wyeliminujemy kilku nietykalnych (Casillas, Torres, C.Ronaldo czy Kaka) trener Hughes może kupić praktycznie każdego grajka. Warto jednak sumiennie przeanalizować potrzeby drużyny - pozycja po pozycji ocenić graczy już w klubie grających, przypatrzeć się ich zmiennikom. Właściwe rozeznanie w obecnym i przyszłym potencjale zakontraktowanych piłkarzy pomoże unikną transferów zbędnych, powstrzyma też chaos w drużynie. Posiadanie siedmiu równorzędnych środkowych obrońców nie jest korzystne dla nikogo. Kolejnym krokiem Hughes'a powinno być stworzenie listy graczy faktycznie potrzebnych, pasujących do założeń taktycznych. Oczywiście dobry trener układa taktykę pod posiadanych graczy, nigdy odwrotnie. Ale tu sytuacja jest inna - Hughes może taktykę stworzyć i do niej dokooptować odpowiednich wirtuozów. Reszta zależy już tylko od jego pracodawców. Ponoć ma to wyglądać tak, że Walijczyk powie ile, a szejkowie dadzą. Komfort, prawda? Tyle tylko, że jeśli City kupi na łapu-capu kopaczy nie potrafiących się zgrać ze sobą, nie osiągną sukcesu i wylądują na ławie, a klub w dole tabeli, szejkowie mogą popaść w delikatną irytację. Bo kto by się nie kurzył, gdyby kupił nie działającą zabawkę? Nieważne, że nie nadszarpnie to ich przepastnych portfeli - Arabom zależy także na reputacji i renomie. Wątpię, by chcieli być pośmiewiskiem na skalę europejską, wydając kupę kasy w błoto. Niezależnie czy City kupować będzie rozważnie czy z polotem, wszyscy związani z tym klubem muszą zrozumieć jedno - wyniki nie przyjdą z dnia na dzień. Proces budowania drużyny MUSI trochę potrwać, trzeba też liczyć się z niepowodzeniem za pierwszym podejściem. Nawet jeśli efekty przyjdą szybko, warto pamiętać także o jednym - teraźniejsze i nadchodzące trofea to jedno, tradycja i piękna historia to już całkiem osobna sprawa...
środa, 03 grudnia 2008
![]() Po kilku lepszych występach w polskiej Ekstraklasie dostał szansę debiutu w reprezentacji. To wprowadziło go nie tylko na boiskowe salony; stał się wzorem autopromocji, co znacząco wpłynęło na dalszy przebieg jego kariery. Wtedy jednak pokazał, jakiej klasy piłkarzem jest w rzeczywistości. Kończył karierę w niesławie osoby rozkapryszonej i niezwykle słabej psychicznie. Jeśli wróci do zawodowego futbolu pokaże także, że jest człowiekiem bez honoru. Radosław Matusiak swoją przygodę z piłką - jak trafnie określana jest jego kariera - rozpoczął w łódzkim Widzewie, jednak debiutował u rywala zza miedzy - ŁKS. Choć mówimy o sezonie 97/98, to na pierwszego oficjalnego gola czekał aż 6 lat (wiosna sezonu 02/03 w meczu przeciwko Ruchowi Radzionków). Warto jednak zaznaczyć, że niepowodzenia na niwie klubowej odbił sobie w juniorskiej reprezentacji U-16, zdobywając Mistrzostwo Europy w tej kategorii. Zaliczył także bezbramkowe epizody w Szczakowiance Jaworzno i Wiśle Płock. W końcu trafił do Bełchatowa... W tamtejszym GKS-ie niemal od razu zyskał status gwiazdy. Wprowadził zespół do Ekstraklasy i nawet tam nie zwolnił strzeleckiego tempa - do 10 goli zdobytych w II lidze (dziś I) dorzucił 20 na boiskach pierwszoligowych. Docenił to w 2006 roku sam Leo Beenhakker, dając mu szansę gry przeciwko Serbii. Matusiak odpłacił się golem na wagę remisu. To właśnie wtedy twarz popularnego RadoMatu zaczęła zdobić nie tylko piłkarskie periodyki. Dał się poznać jako znawca win, rekin giełdowy, a przy tym romantyk lubujący się w ambitnych lekturach. Stawiano go jako wzór dla młodych - zobaczcie, piłkarz nie musi być tępy! Dobra gra w GKS, reprezentacja, szum medialny - Matusiak był skazany na sukces. Ponoć pytała o niego AS Roma... Jako "Odkrycie Roku" (Piłka Nożna) i jeden z dziewięciu największych talentów Europy (radio Marca) trafił do US Palermo. Umiejętnie podgrzewając atmosferę klub wynegocjował za niego 1,8 mln euro. Mówiono, że to klub idealny, w którym szybko się wypromuje i trafi do silniejszej ekipy. Jednak miał tam problemy nie tyle ze skuteczną grą, co grą w ogóle. Dostawał szansę w rezerwach, jednak trener wolał stawiać na chociażby grającego dziś w Juventusie Amauriego. Do końca sezonu (przechodził w zimowym okienku transferowym) zagrał tylko trzy razy i zdobył jedną bramkę (wcześniej tej sztuki dokonał Marek Koźmiński w 1998 roku). Gdy wróżono jego koniec, holenderskie SC Heerenveen zapłaciło za Matusiaka, bagatela, 3 mln euro. Tam również zdobył jedną bramkę (w 10 występach) i szybko zasiadł na ławce. Z pomocą przyszła Wisła Kraków... O wypożyczeniu do GKS Bełchatów było głośno głównie za sprawą negocjacji, które Matusiak wespół z ojcem prowadził z działaczami tegoż klubu. Po fiasku tych rozmów, włodarze żalili się do mediów na pazerność swojej byłej gwiazdy. Jednak RadoMatu niczym drzewiej Adam Michnik rozmowy nagrał i przedstawił prasie. Jasno wynikało z nich, że był gotów grać nawet za darmo. Był to środkowy palec, pokazany działaczom przy okazji podpisywania kontraktu z Wisłą Kraków. Odżyły nadzieje Beenhakkera, który w Radku widział głównego napadziora na Euro. On jednak podtrzymał tradycję i dla krakowskiego zespołu również strzelił tylko jednego gola (8 występów). Mimo to Don Leo powołał go na sparingowe przetarcie tuż przed samym turniejem. W meczu z Macedonią Matusiak odnotował swój 15 występ w kadrze, strzelił gola nr 7 (z karnego). Była to jednak selekcja negatywna i Holender tylko upewnił się, że Radka należy zostawić w domu. Kilka tygodni później rozwiązał kontrakt z Heerenveen i zakończył karierę. Na początku przyszłego roku skończy dopiero 27 lat, a dla napastnika to wiek idealny. Pokazał jednak ogromną słabość psychiczną, nie podjął walki, nie znalazł nowego klubu. Kibice mieli mu za złe, że na zamiast trenować, kręci kolejne reklamówki i rozbija się po kasynach. Wrócił do prowadzenia interesów, chcąc grać w piłkę tylko amatorsko. Oczywiście spekulacji co do jego powrotu było bez liku, teraz jednak sprawa jest raczej poważna. Ojciec byłego wciąż piłkarza wyklucza grę w Polsce, choć ŁKS czyni starania o powrót swojego wychowanka. To tylko potwierdzenie tezy o słabej psychice - Matusiak najwyraźniej boi się reakcji kibiców, zresztą znając "naszych" jest to strach uzasadniony. Ciekawe więc gdzie zagra? Jeśli w ogóle dojdzie do powrotu, Matusiak stanie się człowiekiem niesłownym, wręcz bez honoru. Historia zna przypadki wznawiania karier, jednak w zgoła odmiennych okolicznościach. Na pewno nie wtedy, gdy piłkarz obraża się, w milczeniu ucieka, a potem (wciąż urażony) wraca, ale z daleka od swojego kraju. Życzę mu jak najlepiej, ale takich ludzi na pewno w kadrze nam nie potrzeba.
czwartek, 27 listopada 2008
![]() Zimowe okienko transferowe powoli się otwiera. Wszyscy związani z futbolem już ostrzą sobie zęby, choć zazwyczaj nie jest to okres zbyt gorący, nie tylko ze względu na porę roku. Pomijając nieliczne wyjątki, ligi europejskie są w połowie sezonu i na spektakularne zmiany nie ma co liczyć, głównie przez niechęć potencjalnych sprzedających. Poza tym ci wielcy mają za sobą występy w LM, więc przejście do innego uczestnika rozgrywek nieco mija się z celem. Oczy wszystkich zwrócone będą na Manchester City, którego arabscy włodarze zapowiadają transfery wręcz historyczne, chcąc wyrwać tak nietykalne dotąd ikony, jak Buffon czy Kaka. Prawdopodobnie jednak oni też obejdą się smakiem i będą musieli mniej lub bardziej pokornie poczekać do lata. Do tego niemal tradycyjnie będziemy zewsząd bombardowani newsami w sprawie Cristiano Ronaldo, Didiera Drogby, Carlosa Teveza czy chociażby Lukasa Podolskiego. Jednak gdzieś w tle czeka nas jeszcze jedna saga transferowa... W czerwcu przyszłego roku, gdy będzie już 41-latkiem, zakończy karierę. Ponad 20 lat był podporą defensywy i w ogóle całego klubu, który niezmiennie i z sukcesami walczy o prym w jednej z najsilniejszych lig i w europejskich pucharach. Wielokrotnie uznawany najlepszym na swojej pozycji, podstawowy zawodnik reprezentacji, nadal zachwycający profesjonalizmem zarówno na boisku, jak i poza nim. Paolo Maldini, bo o nim mowa, raczej nie skusi się szybkim zarobkiem w USA czy Katarze. Mimo, iż jako obrońca może grać dłużej od innych graczy z pola, to jednak biologii nie oszuka. Nawet sztuczki rodem z MilanLabu nie sprawią, że ponad 40-letni facet grać będzie wiecznie. Nie zmienia to jednak faktu, że AC Milan wciąż nie ma godnego następcy Włocha. Dlatego też przygotujmy się na hurtowy zasyp newsami o coraz to nowych defensorach, mających Maldiniego zastąpić. Nie ma tutaj znaczenia wiek - ważne tylko, by było to wielkie nazwisko z wielkiego klubu. Dla dziennikarzy zapowiada się złoty okres - wystarczy "tylko" wybrać dobrego obrońcę i zredagować wokół niego news. Do czasu, gdy włodarze Milanu nie ogłoszą czegoś w rodzaju listy życzeń, piszący o futbolu mają ogromne pole do popisu. Kilka nazwisk już padło - Carles Puyol, Daniel Agger, ostatnio William Gallas. Kto następny? Przez lata na pozycji obrońcy w Milanie grał ojciec Maldiniego - Cesare. A w szkółce tegoż klubu już gra jego wnuk, syn Paolo - Daniel. Może więc...? Póki co jest za młody, choć niemało już potrafi:
niedziela, 23 listopada 2008
![]() Był, obok Ebiego Smolarka, jedną z największych gwiazd reprezentacji podczas długiej drogi na Euro 2008. Jego interwencje niejednokrotnie ratowały drużynie cenne punkty. W swoim klubie - Celtic Glasgow - był natomiast gwiazdą absolutną - wobec obrony dziurawej niczym ser szwajcarski, był dla rywali przeszkodą nie do przejścia. Obrona rzutu karnego w meczu przeciwko samemu Manchesterowi United była jednym z głównych przyczyn zwrócenia na siebie uwagi przez piłkarską Europę. Artur Boruc - bo nim tu mowa - potrafił jednak powodować także szum poza boiskowy. Podczas Old Firm Derby, czyli starciach Celticu z Glasgow Rangers polski bramkarz wykonywał znak krzyża, będąc zwróconym w stronę trybuny zapełnionej przez protestanckich kibiców rywala zza miedzy. Innym razem uratował Boruc swych rodaków napadniętych w parku w Glasgow. Do tego należy dodać dziesiątki mniej lub bardziej kontrowersyjnych wypowiedzi dla prasy, nie mniej gestów i zachowań podczas meczów. Innymi słowy - o byłym golkiperze warszawskiej Legii było głośno. Na tyle głośno, iż spekulacje polskiej i europejskiej prasy na temat jego transferu do innego klubu były stawiane niemal na równi z przenosinami Cristiano Ronaldo do Realu Madryt czy Dymitara Berbatova do MU. Potencjalni pracodawcy (Arsenal, AC Milan) jak i kwoty transferu (10-15 mln euro) elektryzowały polskiego kibica zwłaszcza, jednak i w Europie nie pozostawały bez echa. Latem tego roku Boruc "dorzucił" dobre występy na Euro 2008 i jego megatransfer do megaklubu zdawał się być kwestią kilku dni. Polak jednak został w Glasgow... Od bohatera do (prawie) zera Dla polskich kibiców i reprezentacji była to jednak wiadomość umiarkowanie optymistyczna. W Glasgow jest bowiem Boruc półbogiem, gdzie indziej istniało ryzyka zajęcia zaszczytnego miejsca na ławce rezerwowych. Bo dla Arsenalu czy Milanu piłkarz zakupiony za 10 mln euro nie nabywa automatycznego prawa do gry. Dlatego więc - poza samym Borucem - ucierpieć mogła właśnie drużyna narodowa. Po Euro 2008 z Artura chyba zeszło powietrze. Zaczął zaliczać co raz to nowe wpadki, min. w Old Firm Derby, głośno jęło być o jego rozwodzie i kolejnych nałożnicach, o alkoholowych ekscesach (za co został zawieszony przez Leo Beenhakkera). Ostatnio nawet jego ojciec w wywiadzie udzielonym dla prasy przyznał, że martwi się o formę syna - głównie tę poza boiskową. W Glasgow ma - póki co - status nietykalnej gwiazdy, ale jak długo jeszcze? Bramkarza ratującego w pojedynkę zespół w starciu z MU zauważą wszyscy. Kto jednak będzie zwracać uwagę na rezerwowego ze szkockiej ligi, karanego za pijaństwo i inne takie? Co dalej? Obecnie Boruc dochodzi do siebie po niedawnej operacji. Powinien być gotowy do gry na dniach. Podczas przymusowego urlopu znów zaliczył alkoholowo-towarzyską wpadkę, jednak boss Celtiku - Gordon Strachan - zdaje się swego podopiecznego usprawiedliwiać. Jeśli jednak Artur po powrocie nie zmieni się - na boisku i poza nim - ma szansę przejść w niesmaku do historii jako mający zadatki na gwiazdę, zmarnowany talent. Ma również szansę na mentalną i sportową metamorfozę, która pozwoli mu wrócić na właściwe tory. Czego sobie - kibicom - jak i samemu Borucowi życzymy z całego serca.
środa, 19 listopada 2008
Na jednym z czytanych przeze mnie blogów, znalazłem taki oto filmik. To tak przy okazji nadchodzącego meczu Szkocja - Argentyna, gdzie w roli selekcjonera tych drugich zadebiutuje Diego Armando Maradona. Jako trenera dopiero go ocenimy, a jakim był piłkarzem? Komentarz jest zbędny, zasiądźcie wygodnie i obejrzyjcie...
wtorek, 18 listopada 2008
![]() Światowa gospodarka przeżywa trudny okres. Fachowcy nieśmiało przebąkują nawet o kryzysie. Tego typu wydarzenia - jak zwykle - najdotkliwiej dotykają najuboższych. Bo jak ktoś ma mało, to teraz ma jeszcze mniej. Czy jednak ów kryzys dotyka potentatów, tych piłkarskich? Okazuje się, że jest to wielce prawdopodobne. Roman Abramowicz już wcześniej z innych powodów przykręcał kurek z pieniędzmi. Tym razem jednak wprost mówi o recesji gospodarczej, co bezpośrednio wpłynie na klub. Włodarze Chelsea już szukają oszczędności, gdzie tylko mogą (min. przerzedzenie siatki skautów), ale cięcia nie ominą także transferów. Na Stamford Bridge możemy więc długo nie zobaczyć nowych gwiazd. Będący pod kuratelą biznesmenów rodem z Ameryki (gdzie kryzys się rozpoczął) Manchester United również nie szaleje na rynku transferowym. Mimo szumnych zapowiedzi, do klubu trafił "tylko" Dymitar Berbatov. O kolejnych wzmocnieniach praktycznie się nie mówi, a sir Alex Ferguson sięga już powoli po zawodników z rezerw (vide Danny Welbeck, który miał kapitalny debiut w Premier Ligue). W Liverpoolu (zarówno słynnym FC, jak i nieco niżej notowanym Evertonie) mówi się wręcz o wyprzedaży największych gwiazd. W przypadku FC sprawa jest niemal dramatyczna, gdyż z klubem mogą się pożegnać naprawdę wielkie nazwiska, z Fernando Torresem na czele. Już nawet nie chodzi o utrzymywanie piłkarzy, bo ci w imię lojalności mogą obniżyć swoje kontrakty (w co też wątpię). Problem polega na tym, że właściciele potrzebują gotówki na wczoraj, gdyż ich wierzyciele (głównie banki, gdzie zaciągnęli kredyty) nie są już tak pobłażliwi. Arabscy szejkowie przejęli Manchester City niemal w doliczonym czasie letniego okienka transferowego i zdążyli sprowadzić "tylko" Brazylijczyka Robinho. Potem w prasie buńczucznie zapowiadali wykup największych gwiazd globu, z Ikerem Casillasem, Fernando Torresem czy Cristiano Ronaldo na czele. To było tuż przed kryzysem. Jednak im bliżej zimy, tym bardziej arabscy miliarderzy cichną w sprawie owych transferów. To tylko kilka najgłośniejszych przykładów z jednego tylko kraju. O innych na razie wiemy mniej, lub dowiemy się wkrótce. Jak wspomniałem, niemal oczywiste jest pogorszenie sytuacji w małych klubach. Jednak i ci najwięksi nie mogą spać spokojnie. Głównie letnie, ale już częściowo zimowe okienko transferowe pokaże, jak jest naprawdę. Czarny scenariusz ma jednak - jakkolwiek to zabrzmi - kilka plusów. Wspomnę tylko o dwóch. Po pierwsze, mniej zażarte i żenujące będą walki o wyrwanie sobie najlepszych piłkarzy - raczej nie grozi nam już beznadziejna saga dotycząca transferu Ronaldo do Realu Madryt. Po drugie, potentaci obniżając loty dają szansę tym mniejszym na przynajmniej minimalne dogonienie. Może to jakiś krok w stronę wyrównania w futbolu?
poniedziałek, 17 listopada 2008
Warszawska Legia bez problemu i po ładnej grze rozbiła niżej notowany Śląsk Wrocław. Jednak w dwóch poprzednich kolejkach musiała uznać wyższość teoretycznie również słabszych drużyn. A wszystko to, po dodającym wiatr w żagle tryumfe nad Wisłą Kraków sprzed trzech tygodni. Krakowianie przyjeżdżali wówczas do Warszawy w roli faworytów. Legioniści grali nieprzekonująco, co miał wykorzystać - wspierany przez kolegów - dobrze dysponowany Paweł Brożek. Faktycznie - to on dał Wiśle prowadzenie. Jednak sportowa złość pozwoliła wojskowym na odrobienie strat i trzy punkty - po hicie jesieni - zostały w stolicy. Kilka dni później Legia odprawiła z kwitkiem Lechię Gdańsk, aplikując rywalom trzy bramki. Po tym meczu, w kontekście ligi mówiono już nie tylko o Brożku, ale i o Chinyamie. Z kolei w Warszawie pojawiły się śmiałe myśli o tytule i grze w Lidze Mistrzów. Były to jednak dobre złego początki... Wpadki zdarzają się największym. Pokazuje to chociażby tegoroczny Puchar Króla w Hiszpanii, gdzie słynny Real Madryt odpadł po dwumeczu z drugoligowcem. Jednak drużyna, w której wielkie aspiracje przekładają się też na wielkie działania nie może gubić punktów na boiskach w Bytomiu czy Bełchatowie. Nieważne, że akurat w tamtych dniach rywale byli dobrze dysponowani. Polska liga to nie Primiera Division, gdzie nawet okupujące dół tabeli zespoły mogłyby z powodzeniem rywalizować z naszymi "gigantami". Wisła czy Legia, chcąc myśleć o europejskich salonach, muszą roznosić w pył przeciwników, szczególnie tych z dołu tabeli. Tylko wtedy można mówić o jakichkolwiek szansach w pucharach. Inna sprawa to mentalność. Po przegranej w Bełchatowie, sprowadzony za ogromne pieniądze Maciej Iwański mówił, iż Legia to drużyna z charakterem. Jaki charakter ma drużyna, która po przegranej ze skazywaną na degradację Polonią Bytom nie potrafi kilka dni później się odrodzić i rozbić rywala? Z kolei lider zwycięzców, Łukasz Garguła, mówił o wielkiej determinacji i ciężkiej pracy całego zespołu, czego efektem jest wygrana z faworytem do tytułu Mistrza Polski. Która z tych drużyn ma więc charakter? Po roszadach w składzie rozbita Legia pokonała w miniony piątek drużynę z Wrocławia. Trudno powiedzieć, czy to właśnie te zmiany, czy też może wspomniany przez Iwańskiego (nota bene otwierającego wynik piątkowej potyczki) charakter. Tak samo ciężko wyrokować, czy jest to wreszcie przebudzenie Legii.
piątek, 07 listopada 2008
![]() Serwisy internetowe trąbią, iż Andrzej Gołota padł w 3. sekundzie walki z Rayem Austinem. Prawda jest jednak taka, iż wtedy nastąpił "tylko" nokdaun, a Polak wycofał się przed drugą rundą. Najprawdopodobniej Andrzejowi odnowiła się bolesna kontuzja, pewnikiem echo wypadku samochodowego sprzed laty. Walka z Austinem miała być tylko przygrywką przed zaplanowanym na grudzień starciem z Nikołajem Wałujewem. Stawką był tytuł Mistrza Świata w wersji WBA. Był, gdyż z Rosjaninem spotka się już nie Gołota, lecz prawdopodobnie Evander Holyfield. 41-letni Gołota już w latach '80. był uważany za największą nadzieję polskiego boksu. Wtedy to odnosił sukcesy jako amator. Po przejściu na zawodowstwo szybko zaczęto w nim upatrywać nadzieję "białego" boksu. Świat widział w Polaku jedynego, która ma talent i warunki do przeciwstawienia się hegemoni ciemnoskórych pięściarzy. Przyznajcie się, kto z Was zrywał się w środku nocy, lub nawet czekał na walki Gołoty? Tym brutalnym sportem, dzięki niesamowitej magii Polaka, interesowały się całe, rozentuzjazmowane rodziny. Miliony rodaków śledziło jego karierę, w czasie walk ulice pustoszały (no dobra, o tej porze i tak jest pusto...). Po jego pierwszej porażce w walce o mistrzowski pas pozostała ogromna nadzieja na sukces w kolejnym podejściu. Mało kto wtedy przypuszczał, iż tak już pozostanie. Na zawsze. Zwalać można na pech, stronniczość sędziów, nietrafienie z formą. Wszystko to nie zmieni faktu, iż mistrzowskiego tytułu Gołota nigdy nie zdobył. Już nie z ogromną nadzieją, lecz politowaniem naród (i mimo wszystko świat) śledził jego kolejne, coraz szybsze porażki. Marcin Daniec zrobił nawet niezłe show, parodiujące jedną z walk Andrzeja (gdzie nawiązuje do niepotrzebnego, nocnego czekania na starcie Gołoty, gdyż można je potem było w całości obejrzeć w Teleekspresie). Ani porażki, ani dowcipy, ani wręcz najeżdżanie nie wypchnęły Gołoty z ringu. W obijanej niemiłosiernie głowie wciąż tliła się jedna myśl: tytuł Mistrza Świata. Czy jednak tym razem powie sobie: "dość!" ? Na koniec rzeczone skecze Dańca. Niestety na jutjubie są w trzech częsciach. Zresztą pewnie znacie je na pamięć... Nie żegnam się bo nie jestem Katolikiem.
środa, 05 listopada 2008
![]() Piłkarscy kibice niechętnie oglądają starcia, w których udział biorą kluby spoza czołowych lig europejskich. Przyzwyczajeni jesteśmy do hegemonii gigantów, na boczny tor spychając jedno sezonowe wybryki wynalazków z Rumunii, Słowacji czy Cypru. Ale czy słusznie? Faktem jest, że dominacja firm z Anglii, Hiszpanii czy Włoch skutecznie pozwala nam zapominać w ogóle o istnieniu innych klubów. Finansowa, sportowa czy marketingowa przepaść między czołówką a resztą Europy jest tak duża, że w ocenie wielu ekspertów jej pomniejszenie jest prawie niemożliwe. Ale owo prawie robi jednak różnicę - powoli, ale konsekwentnie margines wkracza na salony. Kluby pokroju FC Cluj, FC Thun czy Anorthosis Famagusta już nie tylko incydentalnie pojawiają się w Pucharze UEFA czy Lidze Mistrzów. Ich tryumfy czy nawet remisy z wielkimi firmami nie określa się już mianem sensacji czy wpadki tych drugich. Być może jeszcze lat potrzeba, nim przyzwyczaimy się do ich stałej obecności i niemałego znaczenia w europejskich pucharach, jednak już teraz widzimy, jak za plecami wszystkich robią postępy. Owe kluby nie dysponują workami pełnymi pieniędzy, w swoich składach nie mają gwiazd i gwiazdeczek. Do sukcesu prowadzi ich ogromna determinacja i chęci przełożone na faktyczne działania. Oni sukcesu nie kupują, tylko zbierają go własną krwawicą z murawy. Wczoraj przywołany wcześniej Anorthosis napsuł sporo krwi Interowi Mediolan, będąc o włos od pokonania Mistrzów Włoch. Cypryjczycy bezlitośnie wykorzystywali juniorskie błędy mediolańczyków, a ci - mimo wielkiej kasy i nie mniejszych gwiazd w składzie - zamiast dominować, bronili się przed wstydliwą porażką. Co ciekawe, najlepszy strzelec zespołu, Polak Łukasz Sosin poczynania kolegów oglądał z ławki rezerwowych. Wyobrażacie sobie sytuację, w której Wisła Kraków gra z Interem, a na ławie - mimo braku kontuzji - sadza Pawła Brożka? Sosin na Cyprze zaaplikował już rywalom ponad 100 goli. Dla Anorthosisu strzelił ich 20 w 31 meczach. Gdy powoływano go do reprezentacji, kibice przecierali oczy ze zdumienia. Bo i po co nam koleś, który sztucznie nabija sobie statystyki w jakiejś lidze ogórkowej? Najwyraźniej trener Anorthosisu, Temuri Ketsbaia pomyślał podobnie i w starciu z Interem uznał Polaka za nieprzydatnego. Wczoraj mogliśmy oglądać, jaki poziom prezentują tamtejsi grajkowie. Nie twierdzę, że cała liga jest taka. Ale który polski klub i kiedy ostatnio grał w LM? Dodam tylko, że Anorthosis nie jest tam chłopcem do bicia - po 4. kolejkach ma na koncie 5 punktów. Cypryjczycy zremisowali z Werderem Brema, ograli Panathinaikos Ateny, najpierw minimalnie przegrali a wczoraj zremisowali z Interem. Mają wciąż realne szanse na awans. Według najnowszego rankingu UEFA, liga Cypryjska okupuje 23. pozycję i stale pnie się w górę dzięki grze w LM. Polska jest na miejscu 27 i tylko dobre występy Lecha Poznań w PUEFA mogą to poprawić. Ktoś się jeszcze śmieje z Cypru?
poniedziałek, 03 listopada 2008
![]() W wyborze nowego prezesa PZPN wielu całkiem (nie)słusznie oczekiwało zbawiennych dla polskiej kopanej niemal wybawienia. Tocząca nasz rodzimy futbol korupcja poszerzała swoje kręgi sprawiając, iż sprawa została poddana debacie ogólnonarodowej, sięgając daleko poza piłkarski światek. Dopiero wtedy ludzie zaczęli dostrzegać, że zło polskiej piłki to nie tylko Listkiewicz. Ba, on tak naprawdę okazał się tylko szczytem wierzchołka góry lodowej. Jak wyliczył pewien dziennikarz, zjawisko powszechnie nazywane korupcją w piłce, dotyczy bez mała ponad miliona osób. Liczba ta nie uwzględnia kibiców, którzy - co by o nich nie mówić - udziału w aferze raczej nie mają. Naród otworzył oczy i doszedł do wniosku, że sam "Listek" jest tylko twarzą skandalu, niejako jego ucieleśnieniem. Prawda jest jednak taka, że w cały proceder czynnie zaangażowanych jest tysiące osób, z których dopiero kilkadziesiąt oczekuje w areszcie na proces. Oczywiście trudne będzie zamknięcie w więzieniu wszystkich, mających cokolwiek na sumieniu. I tak naprawdę nie na tym rzecz polega. Chcąc bowiem rozbić mafię, trzeba uderzać w jej najgrubsze ryby. Płotki nie pozostają bez znaczenia, ale jeśli pozbawić je przychylnej sobie władzy, stracą swoją siłę rażenia. Owymi szychami są bez wątpienia możnowładcy z PZPN. To od całkowitej reorganizacji tej instytucji należy zacząć reanimowanie dogorywającego trupa, jakim w zasadzie już jest nasz futbol. W dalszej, co nie znaczy mniej istotnej kolejności armia prokuratorów powinna zająć się tzw. terenem, czyli leśnymi dziadkami zapewniającymi byt najpierw Listkiewiczowi i jego świcie, a teraz Lacie. Znakomity ongiś piłkarz nie wykazał bowiem do tej pory, że na uzdrowieniu polskiej piłki mu zależy. Świadczy o tym chociażby dobór współpracowników (min. Kazimierz Greń). Z drugiej jednak strony należy byłemu królowi strzelców Mundialu '74 dać chociaż minimalną szansę. Wielu wątpiło, czy poza śmiercią, cokolwiek Listkiewicza pozbawi prezesury. Tymczasem jednak tego pana już (aczkolwiek dopiero) nie ma, więc jakaś zmiana nastąpiła. Nie ma co oczekiwać, że Lato zmian dokona w tydzień. Choć sam szczyci się swoim betonowym pochodzeniem, dobiera wątpliwej jakości giermków, a pierwszym wywiadem wywołał polsko-ukraiński skandal, to jednak ma pewne wizje i zamierza je wprowadzić. Osobną kwestią jest, jakie to wizje i co one naszej piłce przyniosą. Dlatego też zacięte wieszanie psów na nowym władcy PZPN, jakkolwiek uzasadniane, powinno poczekać. Wiele lat nasza piłka tkwiła w bagnie i choć zabrzmi to niemal bezsensownie, nic nie zmieni jeszcze kilka miesięcy. A nóż przyjdą prawdziwe zmiany na lepsze? Pozostaje nam w to wierzyć...
środa, 29 października 2008
Jest już niemal przesądzone, iż Diego Armando Maradona zasiądzie na ławce trenerskiej reprezentacji Argentyny. To, że kiedyś poprowadzi Boca Juniors lub właśnie Albicelestes, było oczywiste. Czy jednak w obecnej sytuacji nie podejmuje się boski Diego zbyt dużego ryzyka? Karierę zawodniczą miał okraszoną licznymi skandalami, jednak nie przeszkodziło mu to znaleźć się - jak najbardziej słusznie - w gronie najlepszych futbolistów w historii tego sportu. Brylował tak w ojczyźnie, jak i w Europie, a reprezentacja ponoć do dziś nie miała lepszego gracza. Zaskarbił sobie niemal dozgonną miłość wśród wszystkich Argentyńczyków, choć na przykład dzięki słynnej "ręce Boga" do dziś wielu wręcz go nienawidzi. Jak wygląda życie piłkarza po zawieszeniu butów na kołku? Jedni całkowicie ze sportu się wycofują, inni swoich sił - z lepszym lub gorszym skutkiem - próbują jako trenerzy. Maradona wybrał drogę kolejnych skandali, od niewyobrażalnego przytycia, poprzez ekscesy narkotykowe i zatargi z mafią, aż do przyjaźni z ludźmi pokroju Hugo Chaveza. Przepiękna kariera wzbudziła jednak w jego zwolennikach taką miłość, że mimo wszystko nadal stanowi dla wielu autorytet. Nie brak też prawdziwych wyznawców Maradony - bezgranicznie zapatrzonych w każdy jego ruch fanatyków. To oni na siłę chcieli z niego zrobić selekcjonera. W przerwie między kolejnymi wizytami w drogich klinikach imał się Diego różnych zajęć. Z marniutkim skutkiem trenował dwa argentyńskie kluby, po czym szybko powrócił do swobodnego korzystania z uroków życia (np pojawił się we włoskiej edycji "Tańca z gwiazdami"). I choć od lat zawodzi swych rodaków, co wciąż chcą dać mu szansę. Diego z niej chce skorzystać. Posadę selekcjonera Albicelestes dostać może bez zbędnych ceregieli. Ryzyko jest jednak ogromne. Czego jak czego, ale porażek drużyny narodowej argentyńscy fanatycy nie darują raczej nikomu. Maradona od razu rzuca się na głębokie wody, on nie chce tracić czasu na zdobywanie doświadczenia niezbędnego do tej roli. To on jest autorytetem i to od niego mogą się uczyć. Pytanie tylko, jak w razie porażki, Diego poradzi sobie w nieznanej dla siebie sytuacji - gdy jego wyznawcy odwrócą się od niego? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Gazeta.pl POLECIŁA
Konkurs
Moje blogi
Odwiedzam
Współpracuję
Sponsorzy bloga
Reklama na blogach
Blogvertising.pl |